Bez kategorii

Międzygórze 2026

W życiu bardzo ważne są zasady. My mamy taką: jeżeli Vespa Club Wrocław robi rajd to my tam jedziemy. Bo to na pewno będzie sztos. Nie inaczej było na Miedzygórzu 2026.

Zanim napiszemy dlaczego było dobrze, zacznijmy od złych wyborów. Pojechaliśmy na dwa busy i auto z przyczepką, żeby było szybciej, no i ten deszcz w prognozach. Choć faktycznie trzech z nas dojechało popołudniem, to oba busy padły i koniec końców szybciej był Adi, który jechał na kołach. I nie zmókł. Musimy wyciągnąć z tego wnioski.

Jeszcze o samym miejscu imprezy. Międzygórze to dawny niemiecki kurort, w którym można się poczuć jak w tyrolskim miasteczku: zabytkowe wille z drewna i kamienia, lasy, strumienie, a nawet wodospad i zapora. Tylko jodłowania brakuje.

Dobra, ale ostatecznie nie przyjechaliśmy przyglądać się na siebie, tylko jeździć. Formuła rajdu była taka sama jak w zeszłym roku. Po co wymyślać koło na nowo, skoro sprawdziła się doskonale? Zostaliśmy podzieleni na ekipy po pięć Vesp, dostaliśmy mapę z trasą i ogień. Pierwsi w prawo, drudzy w lewo. Dlaczego okazało się to akurat dla teamu nr 2 zbawienne, będzie za chwilę.

Na starcie klasyczne zawody (nie, nie w wyciąganiu) w odpalaniu skutera na pych. Skoro odpalił, to w drogę. My w lewo, na przełęcz Spaloną. Po drodze kolejne zadania: macanka, czyli rozpoznawanie części na ślepo. Padały tak profesjonalne opisy jak „ten pierdolnik od…”. Dobra, zaliczone, jedziemy dalej. Za kilka kilometrów rzut kołem. W środku tarczy musiała być jakaś żyła wodna, bo nic tam nie chciało nam wylądować. 

Za to zaczęły się piękne widoki. Najpierw góry, a potem doliną przy Dzikiej Orlicy wzdłuż granicy z Czechami. Tu dopadła nas niewielka mżawka, nawet nie stawaliśmy. No chyba żeby zrobić zdjęcie skuterów. Tak dojechaliśmy dalej na południe, do punktu niedaleko Boboszowa. I lunął deszcz.

Szybko skitraliśmy się pod wiatę. Przyjeżdżały kolejne, coraz to bardziej zmoknięte grupy, niektórzy literalnie do majtów. My kulturalnie przeczekaliśmy ulewę i ruszyliśmy dalej. 

Znów piękne drogi: wąskie, obsadzone starymi drzewami, zazwyczaj z górskim strumieniem, wijące się dolinami i wspinające na szczyty, co otwierało wspaniałe widoki na Góry Orlickie. Po drodze kolejne punkty: rozpoznawanie wszelkich możliwych simmeringów z Vespy i pomiar głośności.  

Teraz może kilka słów o naszym teamie nr 1, który niefartownie pojechał w prawo. No cóż, to właśnie oni mieli mokre od deszczu majty (od deszczu zaznaczamy). Na domiar złego nękały ich awarie: simmering pod elektryką i zrywające się linki. Ostatecznie, po wprowadzeniu w życie naszego „you will never push alone” ponaprawiali się i wszyscy ukończyli rajd.

Pozostała już tylko grupowa przejażdżka do Polanicy i wieczorny grill przygotowany przez sołtysa Międzygórza. Piwo, muzyka, puchary. A propos pucharów to ufundowaliśmy (tak na prawdę znaleźliśmy na złomie) puchar przechodni You will never push alone, dla kogoś, kto tak jak my uważa, że nie zostawia się zepsutych ziomków na trasie. Dostał go Ameba, który pożyczył Grześkowi Goli swojego Chetaka na rajd. Grzesiek tak się spieszył do Międzygórza, że zatarł po drodze swoją Kozę. Za rok Ameba musi oddać puchar i pójdzie na półkę w innym garażu.

Na koniec a propos przyszłego roku. Słyszeliśmy jakieś niepotwierdzone plotki, że ekipa z VCW ma dosyć. Nic dziwnego – robią na prawdę niesamowitą robotę, dopracowując wszystkie szczegóły organizacyjne czy stojąc cały dzień na punkcie pośrodku niczego. Ale nie dopuszczamy do siebie myśli, że za rok nie będziemy mogli znów tu przyjechać, znów siedzieć pod znaną wiatą, spać w zabytkowej willi, a przede wszystkim jeździć z mapą po absolutnie przepięknych terenach. Miejmy nadzieję, że po wakacjach wrócą wam siły i chęci do organizowania najlepszej imprezy w Polsce. A wy, którzy to czytacie, zróbcie hałas dla Vespa Club Wrocław!

Auto-Kant s.c. https://maps.app.goo.gl/nsVLQh6BLKhQsgS96

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *