Bez kategorii

VGU Lambretta Chapter w Austrii

Choć w nazwie mamy Vespa, to w sercach i garażach jest też miejsce dla Lambretty. Tym razem się podzieliliśmy: gdy część ekipy marzła w belgijskim deszczu na European Vespisti Week, reprezentacja VGU pojechała z KKS Przygoda do słonecznej Austrii, gdzie w tym roku była Euro Lambretta.

Na łąkę z dwiema ogromnymi stodołami, gdzieś pomiędzy wioskami Górnej Austrii, przyjechało około 1500 skuterów. W znakomitej większości były to stare Lambretty – nowych Royal Alloyów było może pięć. I tu nie ma miękkiej gry: gros uczestników przyjechało na kołach. I to nie ważne, czy masz 1000 mil, czy wysokie przełęcze do pokonania. Po prostu pakujesz skuter i ruszasz. Oczywiście zawstydzały nas bardzo te ekipy, bo my przywieźliśmy skutery na przyczepce.

W Austrii były głównie „Serie” – pierwsza, druga i trzecia. To stały trend, ponieważ te silniki najłatwiej poddają się tuningowi i najłatwiej zrobić z nich albo sprzęt do turystyki, albo do ścigania się na górskich drogach. Były też i starsze – LD, D, czy nasza, polska E z koszem (wygrała zresztą nagrodę za najlepszy zaprzęg). Do tego garść maluchów lambrettowych Lui/Luna. I tu znów spektakularny sukces Oli, która przytuliła pierwszą nagrodę w tej kategorii.

I praktycznie każdy skuter to projekt. Mało jest seryjnych – jeżeli już to zazwyczaj pieczołowicie zakonserowane z oryginalnymi lakierami. A tak to malowane boczki, pinstriping, podokładane jeden lub dwa halogeny, naklejki, a pond wszystko rury: albo masz tuningowy wydech, albo jesteś nikim. Coraz więcej przyjeżdża też skuterów z silnikami dwucylindrowymi, szczególnie na zestawie Chimera.

A jak sama impreza? Bardzo dobrze. Było trochę jeżdżenia: pierwszego dnia odwiedziliśmy Stoffi’s Garage (możecie go znać jako producenta części). Na wejściu każdy dostawał piwo, a że w Austrii można mieć do pół promila, to rozchodziło się szybko. Drugiego dnia jak zawsze ride out. Pojechaliśmy bocznymi drogami po lekkich górkach i to było niesamowite widzieć naszą drogę, gdzieś tam na szczycie za kilometr czy dwa, a Lambretty już tam były.

Na koniec coś o ludziach i klimacie. Lambretty to jednak pewna nisza, co sprawia że nie ma tu przypadkowych osób. Po terenie chodzili więc kolesie i dziewczyny w Martensach i Harringtonkach, koszulkach ze zlotów albo klubowych. Z każdym można było sobie pogadać, nie było żadnego zadzierania nosa – nieważne czy to Tino Sacchi (produkuje kartery pod dwa cylindry), prezydent klubu z Hiszpanii czy lekko nietrzeźwy stary skinhead z Anglii. Gdy wracaliśmy popołudniu z przejażdżek stała już rozstawiona didżejka, a z małych winyli leciało ska czy norther soul. Tak samo wieczorami: żadne tam disco, tylko wszystko jak trzeba. Dużą sensację robiła nasza koronna koszulka you will never push alone. Co chwilę ktoś chciał robić jej zdjęcie. Byliśmy na to przygotowani: łapa do kieszeni i dostawał naklejkę.

Czy warto jechać na zlot Lambrett? Na pewno. Czy warto kupić Lambrettę? No pewnie! Następny europejski zlot za rok we Włoszech. Czas start.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *